Google+ Followers

wtorek, 22 sierpnia 2017

Wojciech Dutka - Czarna pszczoła

Moje pierwsze spotkanie z prozą Wojciecha Dutki miało miejsce jakiś czas temu. Właśnie wtedy historia młodej Żydówki i zapatrzonego w nią essesmana w abstrakcyjnej miłości za drutami Auschwitz poruszyła mnie bardziej, niż mógłbym zdawać sobie z tego sprawę. W tamtym momencie widziałem, że warto będzie czekać na kolejne dokonania autora, choć jak dotąd nie udało mi się cofnąć do tego, co wydarzyło się zanim świat poznał Czerń i purpurę.
Wiele pełni księżyca dalej, tysiące przeczytanych stron później z zawirowań pędzącego świata wyłonił się Polak o czarnym sercu. Choć bliższym prawdy jest to, że jego skóra jest czarna, co do serca, bez wątpienia nie pozbawione empatii i pozytywnego spojrzenia na otaczający go świat. Choć po sprawie Lunatyka nic już nie było takie samo.
To właśnie wtedy pewne zlecenie zaprowadziło go ponownie nad Wisłę, gdzie kiedyś był naprawdę szczęśliwy, do kraju przodków, skłóconego narodu, ciągłych waśni, litrów wódki, która przez długi czas była lekarstwem na wszystko i chyba nadal nic się w tej materii nie zmieniło. Lunatyk sprawił, że przybyło mu wrogów, ale też znajomości, które po szokującej informacji związanej ze śmiercią syna jego przyjaciółki mogły się okazać na wagę złota. Po telefonie Agaty Max Kwietniewski nie miał żadnych wątpliwości, co powinien zrobić.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Światowe metropolie - Berlin

W 1919 roku podczas wyczekiwanego przez Einsteina zaćmienia Słońca zespół Arthura Stanleya Eddingtona dokonał pomiaru odchylenia toru światła pochodzącego z gwiazdy znajdującej się za Słońcem i przechodzącego obok niego. Wynik potwierdził teorię Einsteina z 1915 roku.

(...)

Rok 1922, wieńcząc sukcesy badawcze Einsteina, przyniósł mu nagrodę Nobla (niektóre źródła podają rok 1921, ale wtedy nie przyznano żadnej nagrody) za prace na temat zjawiska fotoelektrycznego. Nie był nią bynajmniej zaskoczony. Jego kandydatura do tej zaszczytnej nagrody została wysunięta po raz pierwszy już dwanaście lat wcześniej, w roku 1910, przez Wilhelma Ostwalda. Nominacja powracała dotąd rokrocznie, z wyjątkiem dwóch lat, zgłaszana przez coraz liczniejsze grono osób. Wiedział więc, że jej otrzymanie jest tylko kwestią czasu. Być może dlatego nie odnotował tego faktu w dzienniku z 1922 roku, a być może, jak w latach poprzednich, radość z sukcesu osobistego przyćmiły dramaty osobiste, związane bezpośrednią z nasilającą się falą antysemityzmu w Niemczech.  [s. 69, 70]

Iwona Luba, Berlin. Szalone lata dwudzieste, nocne życie i sztuka, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013

Furia (2014)

Przyznam się, że do dziś żałuję, iż nie udało mi się poznać go w kinie. Dlaczego o tym wspominam? Byłem bardzo nieufny, jeśli chodzi o ten film. Bo tak naprawdę Fury to prawie jak Rudy, ale prawie w tym przypadku robi gigantyczną różnicę. Rudy to niestety odległa w czasie pisana w innych czasach farsa z brutalnej wojny.
Natomiast to, co się dzieje w ciągu tych 135 minut, tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Niezwykła faktura tego filmu zaskakuje pod każdym względem. Brad Pitt w jednej z najlepszych swoich ról. Doskonale dopasowana załoga czołgu, niesamowite zdjęcia i muzyka. Zastanawia mnie jedynie chiński wkład w produkcję tego filmu.
Po raz kolejny Steven Price przeszedł samego siebie. Wiele soundtracków cenię, ale tutaj jest to mistrzostwo. Integralna, mocna i jakże istotna część składowa tego filmu.

10/10

#americandream2003 No. 6

Ostatnio odnalazłem zestaw tekstów publikowanych przed laty w blogu w Mieście Plusa w trakcie mojego pobytu w USA w latach 2002 - 2003.
Stąd spontaniczna koncepcja tego graficznego cyklu. Poza polskimi znakami publikuję bez zmian.

Poszukiwana radość życia. 
 
Gdzieś jakby jest, gdzieś obok mnie, jednak nie potrafię jej dosięgnąć... wypadek, na szczęście niegroźny w skutkach przewartościował pewne sprawy, myśli, słowa, te słowa, które wylewamy z siebie zbyt często nie myśląc o tym, co ze sobą niosą, czy aby nie ranią drugiej osoby, czy są dla niej miłe. 
Trudno o słowa radosne i pogodne, znacznie częściej piszecie o smutkach i problemach, niż o radości i sukcesach, czyż nie mam racji? Wsłuchajcie się w samych siebie, poszukajcie innych, lepszych słów. 
Czasem nawet lepiej nie pisać nic, niż pisać coś, co w gruncie rzeczy nie niesie ze sobą żadnego pożytku... ja też czasem otwieram ten blog, by chwilę później go zamknąć, sztuką jest mówić i być słuchanym, pisać, aby pisać, to żadna sztuka.

M.

#americandream2003 No. 5

Ostatnio odnalazłem zestaw tekstów publikowanych przed laty w blogu w Mieście Plusa w trakcie mojego pobytu w USA w latach 2002 - 2003.
Stąd spontaniczna koncepcja tego graficznego cyklu. Poza polskimi znakami publikuję bez zmian.

Gdybyście chcieli zmienić jedną kwestię w swoim życiu... to, czy jest coś takiego? A poza tym, czy w ogóle zdecydowalibyście się na taki krok? 
Jedna kwestia, może być bardzo mała, ale później może mieć wielki wpływ na inne wydarzenia, czy podjęlibyście takie ryzyko?

#americandream2003 No. 4

Ostatnio odnalazłem zestaw tekstów publikowanych przed laty w blogu w Mieście Plusa w trakcie mojego pobytu w USA w latach 2002 - 2003.
Stąd spontaniczna koncepcja tego graficznego cyklu. Poza polskimi znakami publikuję bez zmian.

Magia wschodu Słońca

czyli dlaczego warto cieszyć się życiem..!

W tamtym momencie, dwa dni wcześniej o poranku miałem wszystko ułożone. Teraz, w zimny, a może wręcz mroźny, środowy wieczór muszę zacząć od początku. Te wszystkie dobre słowa gdzieś uleciały. Lecz może przynajmniej część z nich uda mi się odnaleźć.
Ja w drodze powrotnej do domu, z Boise do Sun Valley, siostra z chłopakiem obrali kierunek Hawaje. Automatyczna skrzynia tak bardzo człowieka rozleniwia, droga w sumie również. Prosta aż po horyzont i tylko dwa zakręty! Zjazd z 84 międzystanowej na drogę 20 na wschód i drugie skrzyżowanie, ku Sun Valley na drogę 75.
Właśnie jadąc na wschód pożyczoną KIA dane mi było oglądać narodziny dnia, wschód słońca 7:47. Wielka, olbrzymia tarcza, która już pół godziny później świeciła, jak w samo południe. Choć powietrze o tej godzinie jest jeszcze mroźne, jednak jest pięknie.

#americandream2003 No. 3

Ostatnio odnalazłem zestaw tekstów publikowanych przed laty w blogu w Mieście Plusa w trakcie mojego pobytu w USA w latach 2002 - 2003.
Stąd spontaniczna koncepcja tego graficznego cyklu. Poza polskimi znakami publikuję bez zmian.

Zakopiec, a Góry Skaliste 
 
Nasze polskie Tatry są niczym przy potędze Gór Skalistych, które mnie otaczają. Są niesamowite, rok wcześniej wyprawa do pewnej chatki, czytaj schronisko, dziewicza przyroda, sarny na wyciągnięcie ręki, 1904 metry n.p.m., a gdy siedzisz na ławeczce popijając herbatę... tego nie można opisać, to trzeba zobaczyć, teraz nie mogę Wam tego pokazać, teraz nie mam zdjęć przy sobie, a w tym roku jeszcze tam nie dotarłem. 
Herbata, fakt, godzina molestowania kozy, aby zagotować czajnik wody, to była zabawa, na zewnątrz było ciepło, a w środku piekło, ale czego się nie robi dla miłych wrażeń, a później nagle mnie tupnęło i w środku nocy wstałem, aby pisać, ja, świece i moje myśli, no i Góry Skaliste. Te świece zobaczycie wkrótce, wiem jak znaleźć moje zdjęcie.

#americandream2003 No. 2

Ostatnio odnalazłem zestaw tekstów publikowanych przed laty w blogu w Mieście Plusa w trakcie mojego pobytu w USA w latach 2002 - 2003.
Stąd spontaniczna koncepcja tego graficznego cyklu. Poza polskimi znakami publikuję bez zmian.

Dlaczego nie zostałem Maximusem?

Wychodzi na to, że jest ich tutaj zbyt wielu, a nick Maximus25 lub Maximus125 zupełnie mnie nie interesuje. Sięgnąłem po inny swój nick, który jest w miarę oryginalny i czasem przyciąga uwagę... myślałem jeszcze o jednym, starym, ale nie, ten jest czytelny tylko dla nielicznych. Jednak sentyment do filmu i postaci jest w tej oto również postaci.

#americandream2003 No. 1

Ostatnio odnalazłem zestaw tekstów publikowanych przed laty w blogu w Mieście Plusa w trakcie mojego pobytu w USA w latach 2002 - 2003.
Stąd spontaniczna koncepcja tego graficznego cyklu. Poza polskimi znakami publikuję bez zmian.

Dziś rozsadza mnie wściekłość!

Czuje się jak granat z wyjętą zawleczką. Mam ochotę użyć pięści, mam ochotę kogoś mocno trzasnąć, mam ochotę się wyładować.
Niestety trening siłowy nie pomógł, wciąż rozpiera mnie wola walki, może bitwa z Germanami by mnie wyleczyła, może walka na miecze o przetrwanie.
Zastanawiam się, czy kierunek, który przyjąłem jest dobry, nikt nie ma czasu, wszyscy się spieszą, kilka zdań to dużo, a kilkadziesiąt, nawet nie chcą się zagłębiać, ale może z książką się uda.
Była już w obiegu, teraz pora tak ją pokazać, to jest dobre miejsce i dobry czas.

M.

sobota, 19 sierpnia 2017

Patronat medialny - Alina Białowąs - Zostań ze mną, Karolino

Obudź się… Zaufaj… Zostań… 

Ten szczególny tryptyk od kilku już dni zyskał swoje dopełnienie właśnie za sprawą historii pod intrygująco brzmiącym tytułem, Zostań ze mną, Karolino. I po raz kolejny jest to wielkie, czytelnicze wyzwanie, gdyż dzięki zabiegowi, jaki zastosowała autorka jest to obszerny literacki monolit. Określona forma narracji, która nie daje czytelnikowi miejsca na oddech, chwilę przerwy, odpoczynek, czy może jedynie refleksję nad skomplikowanym losami Karoliny, której życiowa droga nie jest usłana różami, choć te same w sobie będą miały coś dodania od siebie. I wbrew pozorom nie będzie to miłe, choć takowym bez wątpienia być powinno.
Przyznać również trzeba, że wiele musiało wydarzyć się w życiu Karoliny, aby nie tylko odnalazła samą siebie, ale też naprawiła swoje relacje z rodzicami, Miśką, a także babcią. Wszystko to, co na początku spotkania z Karoliną zostało w ten lub inny sposób zarysowane teraz nabiera właściwego, odpowiedniego kształtu. Jest czas na mentalną, osobistą pobudkę życia w określonym wyobrażeniu takiego, jakim życie być powinno, a jakim o przekoro jest w istocie. Jest określona chwila na nabranie dystansu, na przewartościowanie zaufania do osób, co do których nie powinno być cienia wątpliwości, że warto im ufać, a jednak jak miało się okazać Karolina przez wiele lat żyła w wielkim kłamstwie. Wreszcie, co najważniejsze, znaleźć w sobie odwagę, aby nabrać pewności, że zakochanie to jednak nie miłość, że określona fascynacja nie zawsze jest wyznacznikiem uczucia, a określone lęki z przeszłości nie mogą przez całe życie stać na drodze do sięgnięcia po szczęście i radość życia.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Deborah Levy - Gorące mleko

Jest coś dziwnego i niepokojącego w tej książce.
Jest coś takiego, co sprawiało, że kilka razy miałem wielką ochotę rzucić ją w kąt i nigdy już do niej nie wracać. A jednak nie uczyniłem tego, wytrwałem do końca i z każdą kolejną stroną coraz bardziej zaczęła mi się podobać.
Nie wiem, czy znajdę jednak odpowiednie słowa, by wyjątkowość Gorącego mleka oddać. Nie wiem, czy potrafię odnieść się do tych wszystkich myśli, emocji, uczuć i doznań, które towarzyszyły mi w trakcie podróży po urokliwej i pięknej Andaluzji, nie wiem, czy zdołam oddać tę swoistą relację matki i córki, w której jedna cierpi albo przynajmniej sprawia takie wrażenia, druga natomiast stara się nie tylko ulżyć w cierpieniu, ale też znaleźć swoją drogę, swoje być albo nie być. Rose obdarza cierpieniem, rzadko kiedy uśmiechem, Sofia stara się z szacunkiem nieść pomoc, podać dłoń, ale też otworzyć się na inne bodźce, poznać smak kobiecych ust na swej skórze, uporządkować mocno pogmatwane rodzinne sprawy, nawiązać kontakt z ojcem w odległej Grecji, żyć, jeśli tylko się da pełnią życia. Raz na jakiś czas zapomnieć o balaście, jakim jest matka. Obie dotarły do Hiszpanii, aby w Klinice Gomeza szukać ostatecznego lekarstwa na cierpienia matki.
Jednak trudno nie docenić uroku tego czasu, miejsca, okoliczności, chwili podarowanej Sofii, ale też tym wszystkim ludziom, których tu i teraz miała okazję spotkać i poznać:

Ingrid, w kasku i butach jeździeckich, dosiada andaluzyjczyka. Wysoko na bezkresnym niebie orzeł rozpostarł skrzydła i krążył nad koniem. Muzyczne delirium grzmiało mi w słuchawkach, kiedy ona galopowała w moją stronę. Miała umięśnione ramiona, splecione w warkocz długie włosy, ściskała konia udami, u stóp gór migotało morze.

Jakże ujmująca to scena, jakże malownicza i dynamiczna, jakże wielką przyjemność uczyniła czytelnikowi Deborah Levy podając mu do ręki Gorące mleko, ucząc go cierpliwości, miłości, szacunku, zrozumienia do drugiego człowieka.

Deborah Levy, Gorące mleko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017

wtorek, 8 sierpnia 2017

#40literackierozdanie

----------------------------------
Do zdobycia, odkrycia i wygrania w TYM MIEJSCU. Gramy do 18 sierpnia 2017 roku!
 ----------------------------------